Ks. Łukasz Romańczuk: Mija 50 lat od święceń. Jaka była droga Ojca powołania do kapłaństwa?
Reklama
ks. Aleksander Radecki: Rozumiem, że muszę to powiedzieć w skrócie, ale rozpocznę od anegdotki, która może łatwiej wyjaśni całą historię. Było to już dużo później, kiedy jako ksiądz mogłem zaprosić gości, także księży profesorów, na swój doktorat. Po obiedzie, kiedy tradycyjnie wygłaszano laudacje, na końcu podano mikrofon mojej świętej pamięci mamie. Miała wtedy 88 lat. Niechętnie wzięła mikrofon, popatrzyła na obecnych biskupów — było ich pięciu — i kierując słowa do księdza kardynała Gulbinowicza powiedziała: „Księże Kardynale, bardzo dziękuję, żeście przyjęli mojego syna do seminarium, bo nigdzie go nie chcieli”. Wywołało to ogromną radość, ale już potem nikt nic nie mówił [śmiech]. Rzeczywiście, kłopoty były. Próbowałem dostać się do seminarium w Nysie, ale tam orzeczono, że mój stan zdrowia nie gwarantuje, by coś dobrego z tego wyniknęło. Nie zdziwiłem się — nawet na ministranta nie chcieli mnie przyjąć wikariusze w naszej parafii w Raciborzu. We Wrocławiu zostałem przyjęty, ale z zastrzeżeniami. Wiem, że budziłem wątpliwości, czy coś ze mnie będzie. Dziś mówię o tym z uśmiechem i wdzięcznością, bo to dla mnie dowód, że powołanie jest darem Pana Boga. Po ludzku nie miałem szans, a jednak dziś z takim stażem staję do modlitwy dziękczynnej.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Ks. Łukasz Romańczuk: Czas, gdy ksiądz wstępował do seminarium, to czas przemian w Kościele po Soborze Watykańskim II. Czy z tego powodu pojawiały się jakieś trudności?
ks. Aleksander Radecki: Nie miałem takich trudności. Wręcz przeciwnie — proszę, by to nie zabrzmiało zarozumiale — ale na pierwszym roku miałem wrażenie, że wiele rzeczy już mam poukładanych. Uczęszczałem nie tylko na lekcje religii, ale na nabożeństwa, pielgrzymki. Byłem żywym członkiem Kościoła. Przemiany dokonywały się na moich oczach i nie były szokiem.
ks. ŁR: Jak ksiądz wspomina czas formacji?
Reklama
ks. AR: Szybko się zaklimatyzowałem. Wiedziałem, że jestem w domu. Do tego stopnia, że gdy wracałem na wakacje do mamy, żegnając się mówiłem: „Wracam do domu”. Mama się żachnęła: „A tu co jest?”. Odpowiadałem: „To dom rodzinny, a tam już ten drugi”. Pomogła mi szkoła muzyczna, bo zostałem jednym z organistów seminaryjnych. To wyznaczało moje funkcje. Zrobiliśmy pięcioosobową scholę, jeździliśmy do chorych, do domów opieki. Były też wyjazdy po Dolnym Śląsku, które bardzo sobie ceniłem. Rektor ks. Józef Majka wymyślił tzw. „przecinek” — spotkanie po dwóch miesiącach wakacji. Początkowo zgłosiło się nas niewielu, ale dostaliśmy bonus: wyjazd do Zakopanego. Nawet Orlą Perć wtedy przeszedłem. Mieszkania zmieniały się co pół roku. Raz było nas trzech w pokoju, raz pięciu. To uczyło życia z różnymi charakterami.
ks. ŁR: Czas seminarium, to także czas wykładów. Jak ksiądz wspomina czas studiów?
ks. AR: Słuchałem z przyjemnością. Nie miałem najgorszego przygotowania dzięki lekcjom religii i lekturze. Nie byłem wybitnym studentem, bo pięć egzaminów oblałem. Ale szybko wiedziałem, o czym pisać magisterkę: o prawodawstwie muzyki kościelnej po Soborze. Promotorem był ks. prof. Leon Czaja.
ks. ŁR: Jakie motto ksiądz obrał przy święceniach?
Ks. AR: Wybrałem słowa z Ewangelii św. Łukasza: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie”. Dlaczego? Bo po ludzku nie miałem szans. Skoro nie przyjęto mnie w Nysie, skoro tu były wątpliwości, skoro nie byłem geniuszem — to z czym do ludzi? A jednak z łaski Bożej jestem tym, czym jestem. Nigdy nie miałem wątpliwości, że to moja droga.
ks. ŁR: Pochodzi ksiądz z Górnego Śląska, a tam pobożność wygląda zupełnie inaczej niż na Dolnym Śląsku. Czy ta różnica stanowiła dla księdza trudności?
Reklama
ks. AR: Na pewno była różnica między tym, co zastałem we Wrocławiu, a tym, co widziałem w rodzinnym Mikołowie czy Raciborzu. Dość prędko, wracając choćby na wakacje, mówiłem księżom wikariuszom: „Uważajcie, bo tej tradycji, tych zwyczajów, tego śpiewu trzeba bardzo pilnować”. U nas to trzeba wykuwać jak chodnik w skale, ale tutaj, jeżeli nie będzie troski i pielęgnacji, to sprawa się skomplikuje. Chciałem, znając tę tradycję śląską, “przetransportować” na nasze parafie śpiewnik Droga do nieba. Próbowałem to robić, zwłaszcza jako proboszcz. Zależało mi na tym, choć budziło to opór, bo tego tu nigdy nie było. Po jakimś czasie przynosiło owoce.
Ks. ŁR: Jak Ojciec przyjął propozycję zostania ojcem duchownym w seminarium duchownym?
ks. AR: W Wielką Sobotę do Mokrzeszowa, gdzie byłem proboszczem przyjechał biskup Jan Tyrawa. Wszedł do kancelarii i powiedział: „Będziesz ojcem duchownym w seminarium. Od maja. Zrozumiałeś?”. I pojechał. Co miałem robić? Skoro kiedyś powiedziałem „promitto”, to nie było wyjścia. W seminarium spędziłem 23 lata.
ks. ŁR: Jest ksiądz też znany, jako niestrudzony spowiednik. Jak obecnie wygląda księdza posługa w konfesjonale?
Ks. AR: Bywa, że wracam po ośmiu godzinach zmęczony, ale kto by nie był? Największym atutem jest to, że przychodzą ochotnicy. W katedrze mam dyżury, ale wielu umawia się indywidualnie. Tych „na umowę zlecenie”, jak żartuję, mam więcej niż w katedrze. Cenię ich punktualność, odpowiedzialność. Rezerwuję dla każdego pół godziny. To obopólna korzyść.
ks. ŁR: Z okazji jubileuszu powstał pamiątkowy kalendarz, który otrzymał każdy z księży jubilatów. Co on zawiera?
ks. AR: Zebrałem informacje, które przetrwały od czasów seminaryjnych: aktualną listę kolegów, tematy prac magisterskich, pobyty w wojsku. Dziewięciu było w wojsku, sześciu w jednostce kleryckiej. Jest przemówienie kard. Gulbinowicza z dnia święceń. Jest życiorys biskupa Stefana Regmunta — naszego kolegi z roku. To pamiątka przede wszystkim dla nas. Myślę, że to jest piękna pamiątka dla nas. Są tam także modlitwy, które mogą nas inspirować I mam nadzieję, że przez ten rok, kiedy w naszych mieszkaniach będą te kalendarze wisiały, to bardziej o sobie będziemy jeszcze w modlitwach pamiętać.




